Rożyńsk Wielki (Mazury)
30 grudnia 2011 - 1 stycznia 2012 (piątek, sobota, niedziela)
Impreza miała charakter kameralny, a naszą bazą było gospodarstwo agroturystyczne Świteź Mazurska w południowo-wschodniej części Mazur.
Zjazd uczestników rozpoczął się już w piątek wieczorem i pierwszym punktem programu była integracyjna kolacja. Przy jej okazji gospodyni pokazała pierwszą próbkę swych kulinarnych umiejętności: myśliwską zupę i pyszne wędliny, których głównym składnikiem była dziczyzna. Z ich powodu trudno było odejść od stołu, więc położyliśmy się spać dość późno...
Na sobotę - ostatni dzień roku - zaplanowanych mieliśmy mnóstwo atrakcji.
Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w teren. Trzy załogi na prawie 100 kilometrową trasę turystyczną według road-booka, a reszta z naszym gospodarzem - za jego niezniszczalnym uazem - na ekstremalną przeprawówkę.
W obu grupach nie obyło się bez offroadowych przygód.
Turyści, mimo pominięcia najtrudniejszego odcinka zaliczyli "wtopę" w poprzecznym rowie z woda przecinającym polną drogę. Konieczne było holowanie olbrzymiej, nowej i luksusowej Toyoty LC przez prawie ćwierć wiekowego, ale wciąż niezawodnego, Mercedesa G.
"Estremaliści" zaliczyli cały pakiet różnorodnych, terenowych przygód, ze stromymi podjazdami i zjazdami, przeprawami przez bagienka, głębokimi koleinami, rowami, nasypami itp. i nie uniknęli strat w sprzęcie. Na szczęście uszkodzone zostały tylko tylne zderzaki więc nie popsuło to humorów...
Obiad o 16.00 w bazie pałaszowany był z wielkim apetytem (znów jedzenie było pysznie), w poczuciu "dobrze spełnionego obowiązku"...
Od 19.00 rozpoczęliśmy żegnanie starego roku i witanie nowego.
Zaczęło się od terenowej wyprawy do lasu, nad brzeg jeziora, gdzie rozpaliliśmy ognisko, przy którym piliśmy grzańca, zajadaliśmy pieczonego dzika i kiełbaski.
O 22.00 wróciliśmy na biesiadną salę, gdzie czekał nas dalszy, wspaniały poczęstunek. Gospodyni przeszła tym razem chyba sama siebie. Jedzenia było na kompanię wygłodzonego wojska, więc nasze dokonania w jego pochłanianiu były prawie niezauważalne na suto zastawionych stołach. Oczywiście były też tańce, a nawet wspólne śpiewy. Spore wrażenie zrobił też długi pokaz fajerwerków towarzyszący noworocznym toastom.
Zabawa trwała prawie do rana, więc niedzielna pobudka, śniadanie i przygotowanie do zaplanowanego wyjazdu w teren przebiegały wyjątkowo ospale... Po kolei wykruszały się załogi chętne na off-roadową jazdę i w końcu wszyscy pozostaliśmy w bazie, stawiając sobie za cel "dojście do normalnych obrotów" (czytaj: właściwego stanu według alkomatu) przed powrotną drogą do domu. U większści nastąpiło to koło 13.00 i tę godzinę uznać należy za oficjalne zakończenie imprezy...
Wojciech Bednarczyk